niedziela, 20 grudnia 2015

Słomiana Wdowa historia prawdziwa

Kiedyś myślałam , że żadna sytuacja nigdy nie zmusi naszej rodziny do rozłąki ale jak to w życiu bywa "Nigdy nie mów nigdy". I tak było w naszym przypadku. A wszystko zaczęło  się w połowie 2014 roku , kiedy to musieliśmy się wyprowadzić na swoje - czytaj na wynajęte mieszkanie.Wszystko wskazywało na to, że otwiera się przed nami nowy rozdział i optymistycznie patrzyliśmy w przyszło w końcu mieszkanie samemu dawało nam niezależność i brak wtrącania się do wychowywania dzieci i wyborów życiowych. Mąż miał dostać niebawem awans, ja znalazłam prace cud miód i maliny. Niestety szczęście nie trwało długo, nasz pierworodny zostając u babci wybrał się na dwór pojeździć na rowerze ( mimo, że zabroniłam , bo miało mnie nie być dosłownie 20 min).... i nieszczęście gotowe. Odbieram tel , że moja mama jedzie z młodym karetką do szpitala i mam jak najszybciej dojechać...

Uwierzcie z serduchem walącym jak dzwon leciałam do szpitala. I diagnoza, że łapcia tak nieszczęśliwie połamana , że na miejscu nie złoża zwaliła mi się na głowę. Cóż poradzić, takim sposobem wylądowaliśmy we Wrocławiu na oddziale chirurgi dziecięcej , gdzie młodemu złożyli rączkę na druty. Tak więc wyszło ma to , że Dominiś przez najbliższy miesiąc jak nie dłużej nie będzie mógł wrócić do przedszkola a co za tym idzie ktoreś z nas musiało wziąść opieke - i wypadło na mnie, bo jednak matka zawsze bardziej pożądaną osoba przy chorobie i gdy się coś dziecku dzieje. I tak moja "kariera" w pracy się skończyła , umowy nie przedłużono, budżet wyglądał marnie i cóż tu było robić. Pewnego dnia zawitał do nas znajomy który w styczniu pojechał do Niemiec i wiedzie mu się od tamtej pory całkiem zacnie. Dowiedziawszy się o naszej sytuacji zaproponował wyjazd , bo zwolniło się miejsce w firmie. Oferta miała jednak jeden drobny haczyk decyzja była do podjęcia na "wczoraj", bo on następnego dnia o 19:00 wyjeżdżał. Bardzo długo rozmawialiśmy na ten temat, wszystkie plusy i minusy braliśmy pod uwagę i wyszło na to , że jak na razie to jest jedyne dobre rozwiązanie. Z ciężkim sercem pomogłam mu się pakować, zrobiłam zakupy- bo przecież nie wiadomo kiedy będzie mógł przyjechać - mąż wypowiedział pracę w trybie natychmiastowym i ruszył w świat....
Uwierzcie , takie decyzje nigdy nie są łatwe, nigdy też od razu nie wiemy się czy ta decyzja była dobra. Żyjemy na odległość już ponad rok i nikt mi nie powie , że można się do tego przyzwyczaić. Za każdym razem kiedy przyjeżdża serce się raduje i o mało nie wyskakuje z piersi, ale gdy przychodzi do wyjazdu towarzyszy temu morze łez i poczucie bezradności. Nie powiem bałam się okropnie , bo tyle się słyszy , że związki na odległość nie mają przyszłości , że to nie pociągnie długo i pewnie się rozpadnie jak u innych par. Na szczęście jak dotąd żadne z tych proroctw znajomych się nie sprawdziło. Mam wręcz wrażenie, że to wszystko nas umocniło, bardziej się rozumiemy,  i co najważniejsze bardziej się doceniamy.Teraz wiem jedno, najważniejsze jest ZAUFANIE, CIERPLIWOŚĆ I DUŻA DAWKA MIŁOŚCI!! Ale trzeba wziąść pod uwagę że diabeł tkwi w szczegółach , oprócz tych bardzo ważnych rzeczy nie możemy zapominać o tym żeby znajdować czas na szczerą rozmowę! - u nas co dzień wieczorem rozmawiamy minimum 15 min.
 Kiedy to wszystko się zgra to ta rozłąka ma wielką szanse na SUKCES :)
 Pamiętajcie, że czasem jest ciężko , życie daje nam w kość ale jak ma się ukochaną osobę to WARTO :) !!!



Pozdrawiam
Patrycja

1 komentarz:

  1. Podziwiam, ja bym zwariowała... Mąż wyjeżdża w delegację raz w roku, na 2 tygodnie i usycham z tęsknoty. Mam koleżankę, która lubi jak mąż wyjeżdża, a chodzi nieszczęśliwa jak wraca.

    OdpowiedzUsuń

Zachęcam do zostawiania po sobie śladu w formię komentarza, zaobserwowania bloga bądź dania +1, poczuję się przez Was doceniona za swoją pracę :)