poniedziałek, 27 marca 2017

Nie zrozumiem Cię rodzicu

Staram się nie oceniać ludzi pochopnie. Każdego chcę najpierw poznać w różnych sytuacjach zanim stwierdzam czy jest to osoba z którą będę chciała utrzymać relacje czy po prostu taka którą dopóki nie zajdzie taka konieczność będę omijać szerokim łukiem. Jednak nie mogę siedzieć obojętnie gdy patrze na co niektórych rodziców którzy mam wrażenie z premedytacją zabierają dziecku dzieciństwo i beztroskę....
 
  


Wiecie już, że mój syn w tym roku rozpoczął pierwszą klasę, dodatkowo poszedł do szkoły w miejscu gdzie nie miał żadnego kolegi z przedszkola czy podwórka w grupie. Jak rodzina się o tym dowiedziała było biadolenie jak on sobie poradzi, on taki skryty i strachliwy w nowych sytuacjach itp. Ja zawsze prostowałam, że to dobry czas żeby pójść na głęboką wodę, poznać nowych kolegów i koleżanki i zobaczyć, że nowe nie znaczy gorsze a często lepsze! I wiecie wbrew pozorom miałam racje, Dominik bardzo szybko znalazł przyjaciela i sprawnie wtopił się w tą nieznajomą grupę rówieśników. 

Ale początek nowego etapu dla dziecka jest też nowym etapem dla rodzica. W moim wypadku było to wejście w nowe towarzystwo mamusiek i tatusiów, którzy już znali się z przedszkola czy podwórka. A ja co, byłam dla nich szarą myszą, jedną jedyną która wchodząc do klasy na pierwszą wywiadówkę nie rzucała dookoła "Hej!" "Cześć!" "Co tam słychać? ". Nie zraziło mnie jednak to wcale bo jestem osobą która lubi kontakt z ludźmi i szybko bo już na kolejnej wywiadówce miałam zapoznane grono mamusiek z którymi w szatni czy pod klasą plotkowałyśmy. Wydawało mi się, że skoro są to osoby młode to również zrównoważone i myślące o dobru dziecka. Jakże było moje zdziwienie już po pewnym czasie...

 Nadszedł dzień podsumowania semestru, wychowawczyni z zapałem opowiadała jakie postępy zrobiły dzieci i cieszy się, że ich rodzice są tacy zgrani, pomocni i w ogólę oh i ahhh. I wszystko było dobrze do momentu jak przyszło omówić kwestię wycieczek szkolnych na drugi semestr. Ta prosta kwestia okazała się czymś wręcz nie możliwym. Na każdą propozycję nauczycielki było jakieś ALE, wyjazd w góry zły, bo kleszcze komary i żmije, spektakl w teatrze dla dzieci, a feee bo się wynudzą biedactwa, grill na polanie, nie bo dzieci mają alergie a tam sama trawa i pyłki dookoła, całodniowa wycieczka do Krasiejowa cudownego parku dinozaurów to też nie bardzo bo jak to tak małe dzieci tak daleko od domu!! Zgrozo jeszcze by się im spodobało! Krew człowieka zalewa jak patrzy na takich super rodziców co najchętniej daliby dzieciom tablety, komórki i włączyli telewizje byleby dzieci za bardzo się nie spociły, nie skorzystały z okazji na fajne doświadczenia w gronie rówieśników.

 Sama pamiętam jak z utęsknieniem czekałam od wycieczki do wycieczki byleby nie siedzieć w nudnej szkole. Jaka frajda była jechać autokarem z kolegami i koleżankami śpiewając piosenki, żartując i pałaszując smakołyki zapakowane przez rodziców. Za moich czasów chodziło się w góry, zwiedzało muzea, wracało się zmęczonym z szaleństw na sankach i łyżwach. A kupowanie pamiątek, kto tego nie pamięta jak stało się w długiej kolejce by tylko jakiś drobiazg lub zabaweczkę przywieźć ze sobą skoro rodzice dali kieszonkowe. Dlatego tak bardzo z utęsknieniem czekałam aż mój syn pójdzie do szkoły, zdobędzie swoje własne miłe wspomnienia, do których będzie z łezką w oku wracał kiedy dorośnie i zobaczy co to jest super zabawa. Przecież za moich czasów dzieci też miały alergie, pełzały w zaroślach żmije i kleszcze i jakoś żaden z rodziców się tym nie przejmował i nie szukał miliona powodów by zamknąć dziecko w czterech ścianach klasy. Wręcz przeciwnie starali się wypchnąć dziecko gdzie się dało bo niejednokrotnie w domu było jeszcze jedno lub dwoje rodzeństwa i na takie wyjazdy we własnym zakresie ich nie było stać. A teraz ? Teraz, patrze na tych wszystkich dorosłych ludzi, którzy tak jak ja mieli świetne dzieciństwo bez wszystkich udogodnień techniki i nie mogę uwierzyć, że wyrośli na takich egoistycznych rodziców. Sami dziecka nigdzie nie zabiorą, nie pokażą ani nie opowiedzą a w szkole kiedy jest okazja, żeby ktoś im ten świat pokazał i coś z nimi kreatywnego zrobił oni stawiają weto.

Dziś wiem, że z tymi rodzicami, którzy tak zacięcie walczyli o "dobro" dzieci nie mam o czym rozmawiać, za to cieszę się że jednak większość z klasy jest normalna i dba o dzieciństwo tych młodych ludzi. I za to jestem im ogromnie wdzięczna.... 





2 komentarze:

  1. Zgadzam się z Tobą , tak samo jest u nas , o wszytko wiecznie glendza , wszystko im nie pasuje , masakra

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Niestety to smutna prawda:( a nie chce mi się wierzyć że rodzice Tych obecnie dorosłych ludzi tal samo ich ograniczali...

      Usuń

Zachęcam do zostawiania po sobie śladu w formię komentarza, zaobserwowania bloga bądź dania +1, poczuję się przez Was doceniona za swoją pracę :)